Rano znowu wieje, ale tym razem wszyscy decydują się iść. U podnóży wieje bardziej, ale nie jakoś strasznie, ot taki Bieszczadzki wiatr na połoninach. Bywało gorzej. Pierwsza godzina ciągnie się okropnie, potem wchodzimy na śnieg i robi się łatwiej, krok za krokiem, trawers w lewo, trawers w prawo – i tak przez 3.5h nie licząc postojów.

W końcu to 1.5km w góre!

Na szczycie wali siarką jak w piekle, samego krateru prawie nie widać – wulkan pracuje i dymi 24h na dobę. Widoki są cudowne, choć też trochę straszne – szczególnie gdy przewodnik opisuje poszczególne wulkany – ten a ten wybuchł 10 lat temu, tamten 15, a ten tutaj 20. Mamy nadzieję że ten nasz wulkan Villarica na którym właśnie stoimy dziś nie wybuchnie ;)

A teraz, jak się okazało, najlepsza część wycieczki – zejście a właściwie zjazd. Kilka osób wniosło deski, ja na
szczęście się nie zdecydowałem – śnieg jest supelnie do bani. Mamy za to niezastąpione plastikowe jabłuszka, które na mokrym śniego spisują się zdecydowanie lepiej. Zasuwamy jak nie wiem (żeby nabrać prędkości trzeba unieść nogi nawet jak przewodnik mówi żeby tego nie robić) i na dole jesteśmy chyba w pół godzinki! Jeszcze pół godziny spaceru w dół i jesteśmy w busie, wracamy do Pucon i pijemy piwko na dachu agencji.

Warto było czekać te 6 dni …

This entry was posted on Monday, December 1st, 2008 at 12:24 pm and is filed under south america. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. You can leave a response, or trackback from your own site.

Add a comment

Comments are moderated and there might be a delay before they appear.