Góry i chmury – nowe galerie z Andów.

 - ameryka południowa - chmury  - ameryka południowa - niebotyczne szczyty






Już od pół roku chodzimy do pracy, a przed powrotem do AU byliśmy jeszcze przez 2 i pół miesiąca w Azji. Nasza podróż po Ameryce Południowej wydaje się tak strasznie odległa …

A jednak nie do końca!

W tamtym tygodniu, po około 9-ciu miesiącach przyszła do Kasi pracy kartka, wysłana przez nas z samego końca Ameryki Pd, z Ziemi Ognistej, z miasta Ushuaia – które szczyci się byciem najbardziej na południe wysuniętym miastem na naszym globie. Jakby na potwierdzenie że ten koniec świata to nie jakiś tam turystyczny pic na wodę.

Z tego co wiemy, to parę kartek wysłanych przez nas (jeszcze?) nie dotarło, więc szykujcie sie! Bo nie znacie dnia ani godziny!!!!!

El Bolson od razu przypada nam do gustu. Całe „miasteczko” można przejść w 10 minut, sporo ludzie piknikuje w samym centrum, na dodatek trafiliśmy na letni festiwal jazzowy. Dodatkowo camping nad rzeką, położony pod urwiskami Cerro Piltiquitron, steki na ognisku, lokalne niepasteryzowane piwko i pyszne czerwone wino – żyć nie umierać.

Wybraliśmy się również na, jak go nazwaliśmy, „niebieski” trek. Dlaczego niebieski? Po prostu: po drodze odwiedziliśmy kilka niebieskich miejsc :) Pierwszy dzień to kilometrowa wspinaczka z Rio Azul (Niebieskiej Rzeki) do schroniska (refugio) Hielo Azul (Niebieski Lód), położonej w pięknej lodowcowej dolinie pod szczytem i lodowcem Hielo Azul. Potem poprzez Lago (jezioro) Natacion zejście z górki na pazurki do potężnego Cajon de Azul (Niebieski Kanion), który w najwęższym miejscu ma nie więcej niż metr, a pod stopami szaleje rzeka nad którą zaczeliśmy wędrówkę – Rio de Azul.

Było to jedno z najbardziej klimatycznych miejsc które odwiedziliśmy w Argentynie. Wprawdzie w porównaniu z bardziej znanymi, kultowymi miejscami w Patagonii nie było tu aż tak spektakularnie, ale ogólny klimat był zupełnie niepowtarzalny. Coś jak Tatry i Bieszczady. Niby Tatry są piękniejsze, ale w Bieszczadach jest fajniej.

Na dodatek coś tam jest nie tak z fizyką:

argentina, el bolson

I witają Cię w twoim własnym języku, przynajmniej są na to spore szanse:

argentina, el bolson argentina, el bolson

El Bolson opuszczaliśmy z żalem.

PS

A jak by ktoś się wybierał to tu są mapki:

argentina, el bolson argentina, el bolson argentina, el bolson

Po powrocie z Puyehue okazało się że nie tak prosto się stąd wydostać, szczególnie jak się chce jechać do Argentyny. Lokalnego transportu nie ma, międzynarodowe austobusy się nie zatrzymują, zostaje mozolny powrót do Osorno i łapanie autobusu do Bariloche albo autostop. Do granicy chilijskiej jest tylko 5km, ale za nią kolejne 20km ziemii niczyjej – na piechotę też się nie da.
Postanowione – łapiemy stopa, zwijamy namiot i idziemy na drogę, szukamy jakiegoś cienia, ale zanim znajdujemy zatrzynuje się auto – na które nie liczyliśmy bo było całe załadowane. Okazuje się że dwóch wracających do Bariloche backpackerów podrzucało turystkę, która wybierała się na ten sam trek, który my właśnie skończyliśmy. Tak że oni spadli nam z nieba a my im – udzieliliśmy dziewczynie wszystkich potrzebnych informacji, z trudem zapakowaliśmy się i jedziemy! Kasia nie zdążyła nawet ściągnąć plecaka!

Do Bariloche dotarliśmy bez żadnych problemów, postawiliśmy po piwku i lekko zawiani udaliśmy się do hotelu …

Samo Bariloche jest przepięknie położone, ale mamy troche mieszane uczucia. Jest super, ale miasto jest jakieś takie za czyste, ludzie za ładnie ubrani – mieszanina szpanu, eleganckich knajp i sklepów, ot po prostu kolejne Zakopane czy też jakiś kurort w Alpach. Na dodatek jest wiosna i większość szlaków w górach jest jeszcze pozamykana. Spędzamy tu jeden dzień, wybieramy się na jednodniowy spacer, wypiliśmy kawę w obrotowej restauracji na szczycie, zjechaliśmy na dół i postanawiamy spadać do El Bolson.