Szukaj na blogu:
-
Kategorie
-
Tagi
okolice melbourne fraser island cusco kambodża huacachina nepal herbs indie półwysep mornington pucon argentyna altona azja południowo wschodnia arequipa tasmania melbourne okolice cusco lerderderg okolice salty buenos aires wilsons promontory park narodowy puyehue chiang mai willamstown peru ameryka południowa chile kerala nowości queensland makro la paz boliwia salar de uyuni valle nevado kanion colca trekking do bazy pod annapurną koczin atacama bangkok jezioro titicaca victoria laos rurrenabaque altona coastal park tajlandia fidżi australia wulkan villarica san pedro de atacama -
Archiwa
- Kwiecień 2012
- Marzec 2012
- Luty 2012
- Listopad 2011
- Październik 2011
- Wrzesień 2011
- Sierpień 2011
- Lipiec 2011
- Czerwiec 2011
- Maj 2011
- Kwiecień 2011
- Marzec 2011
- Luty 2011
- Styczeń 2011
- Grudzień 2010
- Listopad 2010
- Październik 2010
- Wrzesień 2010
- Sierpień 2010
- Lipiec 2010
- Czerwiec 2010
- Maj 2010
- Kwiecień 2010
- Marzec 2010
- Luty 2010
- Styczeń 2010
- Grudzień 2009
- Październik 2009
- Maj 2009
- Kwiecień 2009
- Luty 2009
- Grudzień 2008
- Listopad 2008
- Październik 2008
- Wrzesień 2008
- Sierpień 2008
- Lipiec 2008
- Czerwiec 2008
- Maj 2008
- Listopad 2007
- Październik 2007
- Maj 2007
- Grudzień 2006
- Wrzesień 2006
- Czerwiec 2006
- Marzec 2006
- Styczeń 2006
- Wrzesień 2005
- Maj 2005
- Marzec 2005
- Luty 2005
- Styczeń 2005
- Grudzień 2004
-
Meta
Autor: maciek | 11/12/2008 - 12:35 - w kategorii ameryka pd 2008
- od początku
El Bolson od razu przypada nam do gustu. Całe „miasteczko” można przejść w 10 minut, sporo ludzie piknikuje w samym centrum, na dodatek trafiliśmy na letni festiwal jazzowy. Dodatkowo camping nad rzeką, położony pod urwiskami Cerro Piltiquitron, steki na ognisku, lokalne niepasteryzowane piwko i pyszne czerwone wino – żyć nie umierać.
Wybraliśmy się również na, jak go nazwaliśmy, „niebieski” trek. Dlaczego niebieski? Po prostu: po drodze odwiedziliśmy kilka niebieskich miejsc :) Pierwszy dzień to kilometrowa wspinaczka z Rio Azul (Niebieskiej Rzeki) do schroniska (refugio) Hielo Azul (Niebieski Lód), położonej w pięknej lodowcowej dolinie pod szczytem i lodowcem Hielo Azul. Potem poprzez Lago (jezioro) Natacion zejście z górki na pazurki do potężnego Cajon de Azul (Niebieski Kanion), który w najwęższym miejscu ma nie więcej niż metr, a pod stopami szaleje rzeka nad którą zaczeliśmy wędrówkę – Rio de Azul.
Było to jedno z najbardziej klimatycznych miejsc które odwiedziliśmy w Argentynie. Wprawdzie w porównaniu z bardziej znanymi, kultowymi miejscami w Patagonii nie było tu aż tak spektakularnie, ale ogólny klimat był zupełnie niepowtarzalny. Coś jak Tatry i Bieszczady. Niby Tatry są piękniejsze, ale w Bieszczadach jest fajniej.
Na dodatek coś tam jest nie tak z fizyką:
I witają Cię w twoim własnym języku, przynajmniej są na to spore szanse:
El Bolson opuszczaliśmy z żalem.
PS
A jak by ktoś się wybierał to tu są mapki:
Autor: maciek | 06/12/2008 - 12:32 - w kategorii ameryka pd 2008
- od początku
Po powrocie z Puyehue okazało się że nie tak prosto się stąd wydostać, szczególnie jak się chce jechać do Argentyny. Lokalnego transportu nie ma, międzynarodowe austobusy się nie zatrzymują, zostaje mozolny powrót do Osorno i łapanie autobusu do Bariloche albo autostop. Do granicy chilijskiej jest tylko 5km, ale za nią kolejne 20km ziemii niczyjej – na piechotę też się nie da.
Postanowione – łapiemy stopa, zwijamy namiot i idziemy na drogę, szukamy jakiegoś cienia, ale zanim znajdujemy zatrzynuje się auto – na które nie liczyliśmy bo było całe załadowane. Okazuje się że dwóch wracających do Bariloche backpackerów podrzucało turystkę, która wybierała się na ten sam trek, który my właśnie skończyliśmy. Tak że oni spadli nam z nieba a my im – udzieliliśmy dziewczynie wszystkich potrzebnych informacji, z trudem zapakowaliśmy się i jedziemy! Kasia nie zdążyła nawet ściągnąć plecaka!
Do Bariloche dotarliśmy bez żadnych problemów, postawiliśmy po piwku i lekko zawiani udaliśmy się do hotelu …
Samo Bariloche jest przepięknie położone, ale mamy troche mieszane uczucia. Jest super, ale miasto jest jakieś takie za czyste, ludzie za ładnie ubrani – mieszanina szpanu, eleganckich knajp i sklepów, ot po prostu kolejne Zakopane czy też jakiś kurort w Alpach. Na dodatek jest wiosna i większość szlaków w górach jest jeszcze pozamykana. Spędzamy tu jeden dzień, wybieramy się na jednodniowy spacer, wypiliśmy kawę w obrotowej restauracji na szczycie, zjechaliśmy na dół i postanawiamy spadać do El Bolson.
Autor: maciek | 29/11/2008 - 1:54 - w kategorii ameryka pd 2008
- od początku
A wlasciwie tych krain bylo wiecej. Pierwsza to rejon Cafayate w polnocnej Argentynie, druga to najbardziej znane, nie tylko w Argentynie, okolice miasta Mendoza. Rejon Cafayate jest zdecydowanie ladniejszy, Mendoza to plaski i niezbyt ciekawy obszar rolniczy o z ogromnymi, liczacymi pareset hektarow, winnicami. Winnice w okolicach Mendozy zwiedzalismy na rowerkach, co nas zupelnie wykonczylo. Zar z nieba a do tego calkiem sporo kieliszkow wina spowodowalo ze nie odwiedzilismy wszystkich planowanych winnic – chyba bysmy musieli prowadzic te rowery z powrotem do wypozyczalni.
Testowane wina nie zrobily na nasbardzo dobrego wrazenia, co ciekawe na spotkanych w Mendozie australijczykach rowniez … moze smak nam sie zmienil i najbardziej smakuja nam winka australijskie? Najbardziej smakowalo nam biale winko z okolic Cafayate – torontes. Bardzo lekkie, cos jak riesling, ale z ciekawym bukietem. Zakupiona butelka juz niestety poszla …
A zeby nie byc goloslownym, tutejsze butelki, beczki i inne baniaczki …
Autor: maciek | - 1:38 - w kategorii ameryka pd 2008
- od początku
Poludniowa Boliwia i polnocna Argentyna to kraina kolorowych skal. Krajobrazy sa iscie westernowe, szczegolnie w okolicach Tupizy w Boliwii. Dodatkowo zwiedzalismy ten rejon na koniach, co bylo jeszcze bardziej westernowe. Tylko tutejsi Indianie sa jacys malo westernowi …
W Tupizie kupilismy ¨bezposredni¨ autobus do Salty w polnocnej Argentynie. Bezposrednie polaczenie skladalo sie z trzech przesiadek na rozne autobusy, okolo 5ciu godzin czekania na polaczenia i pol godziny marszu przez granice … o cenie nie wspominajac – ale przeciez za luksusy sie placi. Na koniec sympatycznej i bardzo milej Boliwii dalismy sie naciagnac jak jacys amatorzy.
Na szczescie na widok argentynskich autobusow i drog zlosc nam szybko przeszla i calkiem milo i spokojnie dojechalismy do Salty, gdzie pozyczylismy samochod, zapakowalismy namiot i walowke, i udalismy sie zwiedzac kosmiczne krajobrazy i kaktusy w okolicach Salty …
Początek jazdy to droga biegnąca równolegle do słynnego „tren de las nubes”, czyli pociągu do chmur, wyruszającego z Salty i wspinającego się przez pustkowia Andów na wysokość 4.200 m n.p.m. Trafiamy akurat na porę kwitnienia kaktusów, których kwiaty wyglądają całkiem nierealnie wśród otaczających je suchych skał. Gdzieś na Altiplano trafiamy do małej wiochy, oglądamy tutejszy cmentarzyk
Dwie „świątynie” południowo-amerykańskich religii, czyli katolicyzmu i futbolu, są obowiązkowe w najmniejszej nawet miejscowości …
Droga biegnie przez kolejne księżycowe krajobrazy …
Pod koniec pierwszego dnia pogoda sie zalamala i do Purmamarki, miejsca pierwszego noclegu dojechalismy w zupelnych ciemnosciach.
Na szczescie rano swiecilo slonce a nad campingiem widac bylo miejscowa atrakcje – gore siedmiu kolorow …
Pozniej kierujemy się w kierunku Cafayate, gdzie kolorowych skal jest jeszcze wiecej …
Druga czesc naszej podrozy z Salty to okolice Cafayate, jeden znajwazniejszych ¨winnych¨ regionow, ale o tym przeczytacie w kolejnym poscie, bo wina jest tam naprawde sporo …
























