Po powrocie z Puyehue okazało się że nie tak prosto się stąd wydostać, szczególnie jak się chce jechać do Argentyny. Lokalnego transportu nie ma, międzynarodowe austobusy się nie zatrzymują, zostaje mozolny powrót do Osorno i łapanie autobusu do Bariloche albo autostop. Do granicy chilijskiej jest tylko 5km, ale za nią kolejne 20km ziemii niczyjej – na piechotę też się nie da.
Postanowione – łapiemy stopa, zwijamy namiot i idziemy na drogę, szukamy jakiegoś cienia, ale zanim znajdujemy zatrzynuje się auto – na które nie liczyliśmy bo było całe załadowane. Okazuje się że dwóch wracających do Bariloche backpackerów podrzucało turystkę, która wybierała się na ten sam trek, który my właśnie skończyliśmy. Tak że oni spadli nam z nieba a my im – udzieliliśmy dziewczynie wszystkich potrzebnych informacji, z trudem zapakowaliśmy się i jedziemy! Kasia nie zdążyła nawet ściągnąć plecaka!

Do Bariloche dotarliśmy bez żadnych problemów, postawiliśmy po piwku i lekko zawiani udaliśmy się do hotelu …

Samo Bariloche jest przepięknie położone, ale mamy troche mieszane uczucia. Jest super, ale miasto jest jakieś takie za czyste, ludzie za ładnie ubrani – mieszanina szpanu, eleganckich knajp i sklepów, ot po prostu kolejne Zakopane czy też jakiś kurort w Alpach. Na dodatek jest wiosna i większość szlaków w górach jest jeszcze pozamykana. Spędzamy tu jeden dzień, wybieramy się na jednodniowy spacer, wypiliśmy kawę w obrotowej restauracji na szczycie, zjechaliśmy na dół i postanawiamy spadać do El Bolson.