Nowa galeria zdjęć z (chyba) najbardziej odludnej, a na pewno najbardziej tajemniczej wyspy Pacyfiku – Rapa Nui, lepiej znanej jako Wyspa Wielkanocna.

Po powrocie z Puyehue okazało się że nie tak prosto się stąd wydostać, szczególnie jak się chce jechać do Argentyny. Lokalnego transportu nie ma, międzynarodowe austobusy się nie zatrzymują, zostaje mozolny powrót do Osorno i łapanie autobusu do Bariloche albo autostop. Do granicy chilijskiej jest tylko 5km, ale za nią kolejne 20km ziemii niczyjej – na piechotę też się nie da.
Postanowione – łapiemy stopa, zwijamy namiot i idziemy na drogę, szukamy jakiegoś cienia, ale zanim znajdujemy zatrzynuje się auto – na które nie liczyliśmy bo było całe załadowane. Okazuje się że dwóch wracających do Bariloche backpackerów podrzucało turystkę, która wybierała się na ten sam trek, który my właśnie skończyliśmy. Tak że oni spadli nam z nieba a my im – udzieliliśmy dziewczynie wszystkich potrzebnych informacji, z trudem zapakowaliśmy się i jedziemy! Kasia nie zdążyła nawet ściągnąć plecaka!

Do Bariloche dotarliśmy bez żadnych problemów, postawiliśmy po piwku i lekko zawiani udaliśmy się do hotelu …

Samo Bariloche jest przepięknie położone, ale mamy troche mieszane uczucia. Jest super, ale miasto jest jakieś takie za czyste, ludzie za ładnie ubrani – mieszanina szpanu, eleganckich knajp i sklepów, ot po prostu kolejne Zakopane czy też jakiś kurort w Alpach. Na dodatek jest wiosna i większość szlaków w górach jest jeszcze pozamykana. Spędzamy tu jeden dzień, wybieramy się na jednodniowy spacer, wypiliśmy kawę w obrotowej restauracji na szczycie, zjechaliśmy na dół i postanawiamy spadać do El Bolson.

Kolejny wulkan, ale tak to juz w tym poludniowym Chile jest. Tym razem (juz) nieaktywny. Aktywny byl, ale jakies paredziesiat lat temu. Wrecz nadaktywny, takie ADHD prawie. Pewnego dnia postanowil odstrzelic swój czubek i zalać kilkaset hektarów lasu morzem lawy. Po takiej akcji troche przysiadl z wrazenia i utracil typowo wulkaniczna sylwetke – wyglada troche jak poloniny w Bieszczadach … no prawie, gdyby nie cala reszta wulkanów na horyzoncie i widok z samego szczytu w glab krateru.

Kolejne magiczne miejsce w Chile. Razem z nami jest tylko pare osób, prazy slonce i bierzemy super orzezwiajace kapiele w strumyku wyplywajacym prosto z zalegajacego na zboczach wulkanu sniegu. To po poludniu. Rano woda zamarza i strumyk zupelnie przestaje plynac, wody nie wystarcza nawet na umycie zebów.

A tu na koniec mala zagadka: Czy/gdzie na zdjeciu jest fotograf?

chile, parque nacional puyehue

I jeszcze troche mgieł, wulkanów i innych atrakcji …

chile, parque nacional puyehue chile, parque nacional puyehue chile, parque nacional puyehue chile, parque nacional puyehue

Rano znowu wieje, ale tym razem wszyscy decydują się iść. U podnóży wieje bardziej, ale nie jakoś strasznie, ot taki Bieszczadzki wiatr na połoninach. Bywało gorzej. Pierwsza godzina ciągnie się okropnie, potem wchodzimy na śnieg i robi się łatwiej, krok za krokiem, trawers w lewo, trawers w prawo – i tak przez 3.5h nie licząc postojów.

W końcu to 1.5km w góre!

Na szczycie wali siarką jak w piekle, samego krateru prawie nie widać – wulkan pracuje i dymi 24h na dobę. Widoki są cudowne, choć też trochę straszne – szczególnie gdy przewodnik opisuje poszczególne wulkany – ten a ten wybuchł 10 lat temu, tamten 15, a ten tutaj 20. Mamy nadzieję że ten nasz wulkan Villarica na którym właśnie stoimy dziś nie wybuchnie ;)

A teraz, jak się okazało, najlepsza część wycieczki – zejście a właściwie zjazd. Kilka osób wniosło deski, ja na
szczęście się nie zdecydowałem – śnieg jest supelnie do bani. Mamy za to niezastąpione plastikowe jabłuszka, które na mokrym śniego spisują się zdecydowanie lepiej. Zasuwamy jak nie wiem (żeby nabrać prędkości trzeba unieść nogi nawet jak przewodnik mówi żeby tego nie robić) i na dole jesteśmy chyba w pół godzinki! Jeszcze pół godziny spaceru w dół i jesteśmy w busie, wracamy do Pucon i pijemy piwko na dachu agencji.

Warto było czekać te 6 dni …

Wstajemy rano, szybki rzut okiem przez okno – wulkan cały czerwony od wschodzącego słońca, na niebie ani jednej chmurki. W końcu – wygląda na to że w końcu piątego dnia nam się uda. Jemy śniadanie, pakujemy wałówkę i lecimy do agencji, bierzemy sprzęt i ubieramy się. Coś tu jednak nie gra – nikt inny się nie ubiera …. przysłuchujemy się chwilę …. i nie wierzymy własnym uszom – nie idziemy – wieje!!!

Razem z Kasią chcemy iść, jeden koleś z Rumuni też – w końcu co to za problem? W górach jak to w górach – wieje …

Niestety przewodnicy nie chcą iść, reszta turystów też wymiękła i znowu zostajemy na lodzie – a właściwie nie na lodzie, bo lód jest na wulkanie na który wejść chyba nie jest nam dane :( Dajemy sobie ostatnią szansę – jutro – dziś pożyczamy rowerki i jedziemy oglądać okolicę … wodospady, wulkany, jest też trochę swojskich-prawie polskich klimatów (gdyby nie te wulkany dookoła)

Po powrocie spotykamy sąsiadów – byli, weszli, wiało może przez pierwszą godzinę a potem był cudowny dzień. rrrrrrrrrrrr. No nic, mamy nadzieję że jutro się uda.

chile, around pucon chile, around pucon