A my dalej czekamy żeby zobaczyć ten wulkan. Nie żeby nie było tu nic lepszego do roboty, ale jak by nie patrzeć wejście na niego jest gwoździem programu, czyli przyjazdu do Pucon :) Ale wygląda na to że wszystko zmierza w dobrą stronę – pogoda się poprawia. Dziś nawet ma wyjrzeć słoneczko i nie padać.

Wulkan wulkanem, ale nie tylko o niego tu chodzi. W pobliżu Pucon znajduje się też park narodowy Huerqeue, słynący z prastarych lasów araukariowych. Araukarie nie wydają się aż tak bardzo egzotyczne, zdarza się je zobaczyć u cioci, siostry czy babci – mają może maksymalnie z pół metra i rosną w doniczce na parapecie. Tyle o araukariach wiemy, jak się wkrótce okaże nie był to zbyt prawdziwy obraz – te w naturze okarzą się być “trochę” większe.

Wsiadamy w poranny busik do parku i bez problemów dociermay do bramy, szybki sprint po bilety, zanim zrobi się kolejka i jesteśmy już w lesie – dookoła mgła, chłodna i wilgotna zieleń. Po godzinie z hakiem docieramy do pierwszego jeziorka, wokół którego rosną araukarie. Wspinamy się wyżej i z każdą minutą podejścia jest ich coraz więcej. Są naprawdę wspaniałedługi prosty pień i kolczaste dreadloki. I tak właściwie przez cały dzień – lasjeziorkolasjeziorko

W drodze powrotnej widzimy wulkan … no prawie … właściwie to tylko jego stoki

Wieczorem, w Pucon, w końcu pokazuje się …. więc jutro czeka nas wspinaczka!

Teraz juz jestesmy w poludniowym Chile, w Pucon. Czekamy az przestanie padac, zeby wejsc na jeden z najbardziej aktywnych wulkanow w Ameryce Poludniowej – wuklan Villarica i zobaczyc lasy araukariowej w parku narodowym Huerquehue. Wczoraj pogoda byla znosna, wisialy ciezkie chmury ale nie padal deszcz, wiec pojechalismy do cudownych zrodel termalnych Los Pozones. Cisza i spokoj, malo ludzi, strumien z superczysta woda obok – czysty relaks …

chile, los pozones chile, los pozones

Dzis juz nic nie da sie zrobic, od wczorajszego wieczora leje jak w Bieszczadach, wiec siedzimy na internecie i zalatwiamy zalegle sprawunki … z prognoz pogody wyglada ze moze za 2 zobaczymy w koncu ten wulkan …

3:30. Zimno. Ciemno. Dzwoni budzik. Aaaaaaaaaaa. Dlaczego tak wcześnie? Wszystko to po to żeby zobaczyć trochę wydobywającej się z ziemi pary?

Nic to, wstajemy i czekamy a busik się spóźnia … w San Pedro nie jest tak zimno, ale tam będzie na pewno. 4300m n.p.m. i brak słońca zrobi swoje. W końcu przyjechał, wsiadamy, staramy się zagrzać i zasnąć – przed nami 2h godziny drogi do gejzerów El Tatio. Plany planami ale spać się nie da, droga jest jak tarka a z każdym zakrętem robi się roraz zimniej.

Czas płynie powoli, ale w końcu zbliżamy się do celu, skończył się podjazd i wjechaliśmy na bezkresne Altiplano, a po kolejnych kilkunastu minutach jazdy, tuż przed szóstą rano, ujrzeliśmy gejzery.

Ale to nie gejzery zrobiły na nas największe wrażenie, tylko panująca na Altiplano temperatura ;) Po pięciu minutach zgrabiały nam ręce a w moim aparacie odmówił posłuszeństwa autofokus. Było -13 stopni, co nawet dla nas, w miarę przyzwyczajonych do polskich zim, nie było zbyt miłe, a co mogli powiedzieć dwaj poznani amerykańscy emeryci z Miami którzy marzną jak temperatura spada do 20 stopni?

Przez co namniej godzine kulimy się w sobie i oglądamy gejzery. Nieśmiało zerkamy też na oświetlone góry, oczekując pierwszych promieni słońca. W końcu dociera i do nas. Promienie słońca załamują się w otaczającej nas parze, nie możemy przestać fotografować – wiemy że spektakl ten potrwa tylko parę minut, później coraz cieplejsze słońce rozgrzeje mroźne powietrze i para zniknie …

Koniec. Świeci i robi się coraz cieplej, jemy śniadanko i ruszamy na gorące źródła. Jak się z reguły okazuje, warto jest zapłacić troszkę więcej i pojechać z profesjonalną agencją (cosmo andino). Mamy dla naszej tylko grupy prawdziwie płynące źródełko z gorącą wodą, zamiast wybetonowanego baseniku wypełnionego setką innych turystów. Woda do reszty nas rozgrzewa (mimo że tuż obok nas rosną zamarzniętę trawy) i po godzinie prawdziwego wypasu na źródłach ruszamy w dalszą drogę, po drodze mijając vicunie. Zatrzymujemy się jeszcze na krótkie postoje w małej górskiej wiosce Machuca (pełnej ciekawskich lam i niezbyt nami zainteresowanych miejscowych)oraz w kaktusowej dolinie i około południa zmordowani meldujemy się w San Pedro de Atacama.

W planach były jeszcze rowerki i przejażdżka do doliny śmierci, ale zrobiło się naprawdę gorąco i wybieramy mniej aktywną wyprawę po piwo …

chile, el tatio chile, el tatio chile, el tatio chile, el tatio

San Pedro de Atacama jest fajne, ale nas bardziej ciągną jego okolice. Na początek wybieramy się do pobliskich dolin – Valle de la Luna (dolina księżycowa) i Valle de la Muerte (dolina śmierci). Nazwa doliny księżycowej jest nieprzypadkowa (cała pokryta jest białym mineralnym osadem), natomiast dolina śmierci zawdzięcza swą nazwę pomyłce – zbieżności słów “muerte” (śmierć) i … jakiegoś drugiego którego niestety nie pamiętam …

Całe popołudnie łazimy po skałach, zbiegamy po ogromnych piaszczystych wydmach, oglądamy różne minerały, czołgamy się w jaskiniach i podziwiamy wznoszący się na horyzoncie wulkan Licancabur. Na koniec zostaje wizyta na wydmie (zakaz wejścia – teren prywatny!!!) i przecudowny zachód słońca, nie taki kiczowaty jak to zachody słońca mają w zwyczaju, tylko odjechany mad max, czerwony wypalony świat po wojnie atomowej.

chile, atacama chile, atacama chile, atacama chile, atacama

Pobudki w nocnych autobusach nigdy nie należą do przyjemnych, tak też było tym razem. Po kilkunastu godzinach w autobusie, bez ani jednej przerwy, nic się nie chce i człowiek popada w jakieś dziwne odrętwienie i marazm. Widoki za oknem niezmienne, martwe i nieskończone, tak jak jazda tym autobusem. Atacama. Najsuchsza pustynia świata. Jedyną żywą formą w tym świecie wydaje się być piasek, miotany na prawo i lewo podmuchami wiatru. W takim pustynnym zawieszeniu gapimy się w krajobrazy przez kolejne 8 czy 10 godzin, w trakcie których prawie nic się nie zmienia.

A jednak! Coś się jednak zaczyna dziać. Dalej dominuje piasek i pustkowie, ale to już nie jest ta sama pustka i nicość co poprzednio. Piasek zaczyna przybierać nierealne, ale jednak wyraźne formy, pojawiają się pierwsze wąwozy, szczeliny i skały. Wyjeżdżamy na małą przełęcz, skąd widzimy cel naszej podróży – miasteczko San Pedro de Atacama.

Nareszcie.

chile, san pedro de atacama chile, san pedro de atacama chile, san pedro de atacama chile, san pedro de atacama chile, san pedro de atacama chile, san pedro de atacama chile, san pedro de atacama