Pobudki w nocnych autobusach nigdy nie należą do przyjemnych, tak też było tym razem. Po kilkunastu godzinach w autobusie, bez ani jednej przerwy, nic się nie chce i człowiek popada w jakieś dziwne odrętwienie i marazm. Widoki za oknem niezmienne, martwe i nieskończone, tak jak jazda tym autobusem. Atacama. Najsuchsza pustynia świata. Jedyną żywą formą w tym świecie wydaje się być piasek, miotany na prawo i lewo podmuchami wiatru. W takim pustynnym zawieszeniu gapimy się w krajobrazy przez kolejne 8 czy 10 godzin, w trakcie których prawie nic się nie zmienia.
A jednak! Coś się jednak zaczyna dziać. Dalej dominuje piasek i pustkowie, ale to już nie jest ta sama pustka i nicość co poprzednio. Piasek zaczyna przybierać nierealne, ale jednak wyraźne formy, pojawiają się pierwsze wąwozy, szczeliny i skały. Wyjeżdżamy na małą przełęcz, skąd widzimy cel naszej podróży – miasteczko San Pedro de Atacama.
Nareszcie.