W urodzinki Tymka wybraliśmy się na parogodzinny spacer do naszego ulubionego miejsca – Wilsons Promontory. Dotarliśmy do malutkiej zatoczki (Fairy Cove), na tyle malutkiej że w czasie przypływu była cała zalana i nie bardzo mieliśmy gdzie usiąść.

iso_100 australia wilsons_promontory iso_100 australia wilsons_promontory iso_100 australia wilsons_promontory iso_100 australia wilsons_promontory iso_100


View prom and otway in a larger map

Pod koniec lata odwiedziliśmy dwa przylądki, oba położone mniej więcej w takiej samej odległości od Melbourne. Otway na zachód i Wilsons Promontory na wschód. Po przejrzeniu zdjęć z obu miejsc nie dało sie nie zauważyć róznic w skałach na których oba przylądki się opierają. Otway (2 pierwsze zdjęcia) to skały powyginane i poszarpane, z gładką powierzchnią. Skały Wilsons Promontory są dokładnie odwrotne, na pierwszy rzut oka miękkie i okrągłe, jednak ich powierzchnia jest ostra i poszarpana.

australia blanket bay australia blanket bay

australia wilsons promontory australia wilsons promontory australia wilsons promontory

Wilsons Promontory to naprawdę cudowne miejsce. Takiej różnorodności krajobrazów i ekosystemów nie spotkaliśmy do tej pory w żadnym innnym australijskim parku narodowym. Trasa naszego trekkkingu (Mt Oberon parking – Lt Waterloo Bay – Refugee Cove – Sealers Cove – Mt Oberon parking) wiodła poprzez niezliczone plaże, przełęcze, suche nadmorskie zarośla i wilgotny lat deszczowy. Było cudownie, ale w sumie nie o tym chciałem pisać.

Zmęczeni trzydniowym łażeniem z pełnym ekwipunkiem dotarliśmy do parkingu. Jako że słońce całkiem mocno przypiekało, torbe z aparatem położyłem w cieniu samochodu. Spragnieni sięgnęliśmy do eski po prawie zimne piwka i zrobiło się naprawdę miło – potem zjechaliśmy do Tidal River żeby coś przekąsić – sielskiej atmosfery ciąg dalszy – wcinamy frytki czy coś, przepiekna rozella usiadła na stole i próbuje coś wysępić i wtem Kasia pyta: może cykniemy jej jakieś zdjęcie?

Wtedy do mnie dotarło!!! KUR*&@!!@!!@!!! Zostawiłem aparat w cieniu za samochodem!!! Szybki sprint do auta, jedziemy na przełęcz (prawie pewni że aparat tam będzie, przecież to nie Polska), zajeżdżamy na parking i ………. szok, dupa, nie ma, zabrali, ukradli, ciota ze mnie, kur^&^$#$ i jeszcze raz %^%$%$^%%. Chaos w głowie, latam po parkingu, nikt nic nie widział, jestem właśnie 300 zdjęć, 2000 dolarów i dobry humor do tyłu. Ale nic, jedziemy w dół do biura parku, pytamy, może ktoś coś widział, może ktoś coś wie, ale nikt nic, nic a nic, no po prostu przepadł.

Zostawilśmy w biurze parku narodowego namiary zguby i nasze i wracamy zdołowani do domu, ciągle się łudzimy – może ktoś znalazł i zapomniał oddać, albo poszedł na trek, albo jeszcze coś. Już z Melbourne dzwonimy do parku, dzień i nic, drugi i nic, trzeci, tydzień i nic. No to dupa, nie ma, ale może jednak minął drugi tydzień, dzwonimy znowu i znowu nic. Przepadł na amen. C’est la vie, trzeba kupić nowy, złość już przeszła, tak to w życiu bywa, szczególnie jak się ma głowe w chmurach.

Trzy tygodnie później, na wielkanoc, pojechaliśmy w ekipą do Mt Beauty.

O aparacie już prawie nie pamiętałem, śniadanie wielkanocne się układa w brzuszku a tu telefon. Pani do mnie, choć ja jej nie znam ….. aha ……….. tak to ja ……… Wilsons Promontory? tak byłem ……. co proszę? ………..naprawdę? ………. znalazł się?……. w Melbourne? Telefon był oczywiście od pani z parku narodowego, aparat się znalazł, ma go jakaś dziewczyna mieszkająca w Melbourne, na dodatek dzielnicę obok. Umówiłem się, kupiłem czekoladki i odebrałem aparat – nie chciało mi się drążyć dlaczego jej tak długo z tym telefonem zeszło.

Wszystko się dobrze skończyło, a morał jest pewnie taki że Australijczycy są na pewno pomocni i uczciwi, ale równocześnie (czasami za) mocno wyluzowani.