Rano znowu wieje, ale tym razem wszyscy decydują się iść. U podnóży wieje bardziej, ale nie jakoś strasznie, ot taki Bieszczadzki wiatr na połoninach. Bywało gorzej. Pierwsza godzina ciągnie się okropnie, potem wchodzimy na śnieg i robi się łatwiej, krok za krokiem, trawers w lewo, trawers w prawo – i tak przez 3.5h nie licząc postojów.

W końcu to 1.5km w góre!

Na szczycie wali siarką jak w piekle, samego krateru prawie nie widać – wulkan pracuje i dymi 24h na dobę. Widoki są cudowne, choć też trochę straszne – szczególnie gdy przewodnik opisuje poszczególne wulkany – ten a ten wybuchł 10 lat temu, tamten 15, a ten tutaj 20. Mamy nadzieję że ten nasz wulkan Villarica na którym właśnie stoimy dziś nie wybuchnie ;)

A teraz, jak się okazało, najlepsza część wycieczki – zejście a właściwie zjazd. Kilka osób wniosło deski, ja na
szczęście się nie zdecydowałem – śnieg jest supelnie do bani. Mamy za to niezastąpione plastikowe jabłuszka, które na mokrym śniego spisują się zdecydowanie lepiej. Zasuwamy jak nie wiem (żeby nabrać prędkości trzeba unieść nogi nawet jak przewodnik mówi żeby tego nie robić) i na dole jesteśmy chyba w pół godzinki! Jeszcze pół godziny spaceru w dół i jesteśmy w busie, wracamy do Pucon i pijemy piwko na dachu agencji.

Warto było czekać te 6 dni …

Wstajemy rano, szybki rzut okiem przez okno – wulkan cały czerwony od wschodzącego słońca, na niebie ani jednej chmurki. W końcu – wygląda na to że w końcu piątego dnia nam się uda. Jemy śniadanie, pakujemy wałówkę i lecimy do agencji, bierzemy sprzęt i ubieramy się. Coś tu jednak nie gra – nikt inny się nie ubiera …. przysłuchujemy się chwilę …. i nie wierzymy własnym uszom – nie idziemy – wieje!!!

Razem z Kasią chcemy iść, jeden koleś z Rumuni też – w końcu co to za problem? W górach jak to w górach – wieje …

Niestety przewodnicy nie chcą iść, reszta turystów też wymiękła i znowu zostajemy na lodzie – a właściwie nie na lodzie, bo lód jest na wulkanie na który wejść chyba nie jest nam dane :( Dajemy sobie ostatnią szansę – jutro – dziś pożyczamy rowerki i jedziemy oglądać okolicę … wodospady, wulkany, jest też trochę swojskich-prawie polskich klimatów (gdyby nie te wulkany dookoła)

Po powrocie spotykamy sąsiadów – byli, weszli, wiało może przez pierwszą godzinę a potem był cudowny dzień. rrrrrrrrrrrr. No nic, mamy nadzieję że jutro się uda.

chile, around pucon chile, around pucon